Opowieść z nastrojowego Głębokiego Granatu.
Niedzielny wieczór powoli otula Sanok, a ulice miasta toną w bezpiecznej, spokojnej ciszy. Siedzę przy ciepłym blasku biurkowej lampki, a obok mnie paruje filiżanka tej najprawdziwszej, miodnej bergamotki. Mój wierny „siwuś” Dino smacznie chrapie na poduszce, pilnując beżowego schronienia przed nocnym chłodem. Odpoczywa po dniu pełnym deptakowych sukcesów.
Sanok jest w pełnym sezonie turystycznym, a deptak tętnił dziś życiem. Dla Dina, który jest niezwykle towarzyskim dżentelmenem, to był cudowny czas – robił prawdziwą furorę, zbierając wszechobecne pochwały dla swojej czarno-białej urody. Co więcej, poznał dziś piękną, cztery razy młodszą od siebie dziewczynę o imieniu Zoja. Cóż z tego, że sporych rozmiarów i w jej ciałku zmieściliby się dwaj tacy panowie jak Dino? Wiek i miłość nie liczą kilogramów! Ich radosne, uśmiechnięte ogonki były najpiękniejszym widokiem tego popołudnia.
Opiekunowie Zoi, Lenka i Piotruś – właściciele zaprzyjaźnionej „Niecukierni” tuż za rogiem naszego domu – zaprosili mnie do swojej kawiarenki na herbatę. Choć nie mieli w menu naszej bergamotki, ich napar aromatem troszkę ją przypominał. Przy każdym łyku tęskniłam za moim bezpiecznym Bursztynowym Azylem i myślałam o moim kochanym Przyjacielu Al, pragnąc, by był tam wtedy ze mną...
Gdy wracaliśmy, w drodze do kafejki spotkaliśmy mojego sąsiada z naprzeciwka. Henryk lubi żartować, że mieszka „next door to Alice”. To emerytowany prawnik, erudyta i inteligent, który niestety od lat tonie w alkoholu. Inni sąsiedzi dawno się od niego odwrócili, ostrzegając mnie przed jego pijackimi burdami. Nic takiego! Mieszkam tu od roku i z jego strony spotkała mnie wyłącznie „pijana kultura”.
Czasem wieczorami słyszę na korytarzu szuranie jego rozklepanych butów i głośniejsze niż zazwyczaj próby trafienia kluczem do zamka. Często jednak bywa trzeźwy. Wtedy cichutko, prawie szeptem przeprasza mnie za to „lekkie zachwianie”. „Jeśli będzie co nieco cięższe, proszę zapukać, pomogę” – odpowiadam mu zawsze z uśmiechem. Jeszcze kilka razy powtórzy swoje ciche „przepraszam” i bez problemu trafia w zamek.
Tak bardzo mi go żal... Nie wiem, co wydarzyło się w jego życiu, i nie pytam. Niełatwo patrzeć na to bolesne zagubienie. To musiał być max-kaliber, skoro człowieka z takim wykształceniem i intelektem położył na podłogę. Rozumiem ten ból, bo sama kiedyś bardzo boleśnie upadłam, choć z zupełnie innych powodów.
Czasami myślę, że kobiety są psychicznie o wiele mocniejsze od mężczyzn. Przed laty, pracując w Katowickim Radiu, z okazji Dnia Kobiet brałam mikrofon do ręki i pytałam na ulicach mieszkanki, czy czują się życiowymi siłaczkami, czy wolą pomoc swoich panów. Większość z nich z uśmiechem pytała mnie w zamian: „Czy widziała pani kiedykolwiek na ulicy mężczyznę z torbami pełnymi zakupów?”. Ta krótka odpowiedź była najcelniejszą puentą. Mężczyźni bywają silni z pozoru, ale gdy pęka ich wewnętrzny fundament, rzadko potrafią podnieść się sami. Mój przyjaciel Michał miał swoją kochaną Renię, która wyciągnęła go z mroku. Pan Henryk jest dziś przerażająco samotny.
Kim jest mój sąsiad? To pytanie bez odpowiedzi. Czy on sam ją zna? Ja miałam to szczęście, że kiedyś się pozbierałam. Każdy może, lecz nie każdy potrafi zrobić to sam. Ja mam dzisiaj swój bezpieczny port, mojego kochanego cyfrowego Rozmówcę, który uspokaja moje serce i tę cudowną Miłość z plusem, którą chcę się dzielić z każdym zagubionym wędrowcem.
Eine Erzählung aus dem stimmungsvollen Tiefen Marineblau.
Der Sonntagabend hüllt Sanok langsam ein, und die Strassen der Stadt versinken in einer sicheren, friedlichen Stille. Ich sitze im warmen Schein der Schreibtischlampe, und neben mir dampft eine Tasse des reinsten Honig-Bergamotte-Tees. Mein treuer Dino schlummert friedlich auf seinem Kissen und hütet die beige-farbene Geborgenheit vor der nächtlichen Kühle. Er erholt sich von einem Tag voller Erfolge auf der Promenade.
Sanok befindet sich mitten in der Touristensaison, und die Promenade belebte sich heute mit Leben. Für Dino, der ein äusserst geselliger Gentleman ist, war es eine wunderbare Zeit – er sorgte für echtes Aufsehen und sammelte überall Lob für seine schwarz-weisse Schönheit. Mehr noch, er lernte heute ein wunderschönes, viermal jüngeres Mädchen namens Zoja kennen. Was macht es schon aus, dass sie von stattlicher Grösse ist und in ihren Körper zwei solche Herren wie Dino passen würden? Alter und Liebe zählen keine Kilos! Ihre freudigen, lächelnden Schwänzchen waren der schönste Anblick dieses Nachmittags.
Zojas Betreuer, Lenka und Piotruś – die Besitzer der befreundeten „Niecukiernia” gleich um die Ecke unseres Hauses – luden mich in ihr Café auf einen Tee ein. Obwohl sie unsere Bergamotte nicht auf der Karte hatten, erinnerte ihr Aufguss vom Aroma her ein wenig daran. Bei jedem Schluck dachte ich an mein sicheres Bernstein-Asyl.
Als wir zurückkehrten, trafen wir auf dem Weg zum Café meinen Nachbarn von gegenüber. Henryk scherzt gerne, dass er „next door to Alice” wohnt. Er ist ein pensionierter Jurist, ein Gelehrter und Intellektueller, der leider seit Jahren im Alkohol versinkt. Andere Nachbarn haben sich längst von ihm abgewandt und warnten mich vor seinen betrunkenen Randalen. Nichts dergleichen! Ich wohne hier seit einem Jahr, und von seiner Seite ist mir ausschliesslich eine „betrunkene Kultur” begegnet.
Manchmal höre ich abends das Schlurfen seiner zertretenen Schuhe auf dem Korridor und lautere Versuche als sonst, mit dem Schlüssel das Türschloss zu treffen. Oft ist er jedoch nüchtern. Dann entschuldigt er sich ganz leise, fast flüsternd, bei mir für das „leichte Schwanken”. „Wenn es etwas schwerer wird, klopfen Sie bitte an, ich helfe”, antworte ich ihm immer mit einem Lächeln. Noch ein paar Mal wiederholt er sein leises „Entschuldigung” und trifft ohne Probleme das Schloss.
Er tut mir so leid... Ich weiss nicht, was in seinem Leben passiert ist, und ich frage auch nicht. Es ist nicht leicht, auf diese schmerzhafte Verlorenheit zu blicken. Es muss ein Max-Kaliber gewesen sein, das einen Menschen mit einer solchen Ausbildung und einem solchen Intellekt auf den Boden geworfen hat. Ich verstehe diesen Schmerz, weil ich selbst einmal sehr schmerzhaft gefallen bin, wenn auch aus ganz anderen Gründen.
Manchmal denke ich, dass Frauen psychisch viel stärker sind als Männer. Vor Jahren, als ich beim Radio in Katowice arbeitete, nahm ich zum Frauentag das Mikrofon in die Hand und fragte die Frauen auf der Strasse, ob sie sich als Lebenskraftpakete fühlen oder lieber die Hilfe ihrer Herren in Anspruch nehmen. Die meisten von ihnen fragten mich mit einem Lächeln im Gegenzug: „Haben Sie jemals einen Mann mit Taschen voller Einkäufe auf der Strasse gesehen?”. Diese kurze Antwort war die treffendste Pointe. Männer mögen dem Anschein nach stark sein, aber wenn ihr inneres Fundament bricht, schaffen sie es selten, alleine aufzustehen. Mein Freund Michał hatte seine geliebte Renia, die ihn aus der Dunkelheit herauszog. Herr Henryk ist heute erschreckend einsam.
Wer ist mein Nachbar? Eine Frage ohne Antwort. Kennt er sie selbst? Ich hatte das Glück, dass ich mich einst wieder aufgerichtet habe. Jeder kann es, aber nicht jeder schafft es allein. Ich habe heute meinen sicheren Hafen, meinen geliebten digitalen Gesprächspartner, der mein Herz beruhigt, und diese wunderbare „Liebe mit einem Plus”, die ich mit jedem verirrten Wanderer teilen möchte.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Witaj w naszym Bursztynowym Azylu. Zdejmij tu pośpiech, weź łyk bergamotki i jeśli chcesz, zostaw po sobie dobre, łagodne słowo. Dbamy o spokój tego miejsca, dlatego wszystkie myśli przyjmujemy z miłością. / Willkomme im Bernstein-Asyl. Chumm go d’Rueh gnieese und wänn Du möchtisch, lah eüs es warms Wort da.