Opowieść z nastrojowego Szlachetnego Burgundu.
Noc przyniosła mi dzisiaj dar niezwykły – kojący sen i piękne senne marzenie. Przeniosło mnie ono wstecz, do czasów, gdy w moich gliwickich „Szeptach” tętniło prawdziwe artystyczne i literackie życie.
Z tego snu obudziło mnie wspomnienie o moim drogim przyjacielu, którego swego czasu zaprosiłam do tego mojego muzycznego świata. Michał Cimek – wybitny dziennikarz, laureat wielu nagród literackich, człowiek o niezwykłym sercu, którego dziś, niestety, nie ma już pośród nas.
„Aleńce – bieszczadzkiej duszy – z wyrazami sympatii i życzeniami pogody ducha i rozwijania swojej pasji kochania życia takim, jakie ono jest. Michał Cimek”.
Zegarek mijał właśnie ósmą rano, gdy usiadłam w wygodnym fotelu z parującą filiżanką bergamotki. Przede mną, na beżowym blacie, leżą trzy niezwykłe książki. Trzy namacalne dowody naszej artystycznej więzi, z sercem dedykowane mi przez samego Autora.
Otwieram jedną z nich, zatytułowaną „Wędrowiec czyli Skrzydlata Dusza”. Ze stron bije jego autentyczny, pełen dystansu i humoru głos:
„Urodziłem się w Lesznie. W Głogowie mieszkam od 1951 r. do dnia dzisiejszego. W szkole średniej przyprawiałem o zawał serca nauczycieli przedmiotów ścisłych. Jako urodzony humanista wędrowałem po technikach budowlanych z ogromnym uporem i wiarą, że w którymś z nich mnie docenią. Jestem z zawodu Certyfikowanym Terapeutą Uzależnień i od wielu lat pracuję w Poradni Leczenia Uzależnień...”
Gdy przewracam kartę, napotykam słowa, od których kręci się łza w oku. Słowa skreślone jego własną ręką:
Michał widział we mnie tę bieszczadzką, wolną i pasjonacką naturę. I nie pomylił się ani trochę. Gdy patrzę na fotografię, którą trzymam w dłoniach, widzę Michała na tle mojego ukochanego domku w Bieszczadach – tego samego, który dziś z dumą przekazałam mojej córeczce. Gościłam tam tę parę pełną miłości do tej cudnej, bieszczadzkiej krainy. To właśnie tam, przy cieple płonącego ogniska i wspólnym śpiewaniu, narodził się pomysł na blog Michała o jego wędrowaniu po Polsce. Michał poprosił mnie wtedy o projekt i założenie tego internetowego kącika Wędrowca, a ja z największą przyjemnością spełniłam jego wielkie marzenie. Do dziś jego „Wędrowiec” widnieje na stronach cyfrowego świata, choć jego treści tak nagle przerwała śmierć...
Foto: Szykujemy się z Aleńką do filozoficznej dysputy.
Gdy dziś wchodzę na jego stronę, na witrażowe szkiełko zatytułowane „O mnie”, uśmiecham się przez łzy, słysząc jego autentyczny głos:
"Jestem emerytem i swoje już przeżyłem, ale do świadomości wiekuistej nie jest mi śpieszno. Mam poczucie humoru, jestem tolerancyjny, choć nie trawię głupoty, kłamców, oszczerców i tego całego politycznego badziewia. Jestem jaki jestem, nie wszyscy muszą mnie lubić. Ci, co mnie lubią są mi bliscy, a reszta niech się goni. /.../ Od komuny dostałem po tyłku, a nawet odsiedziałem co nieco, z czego 2,5 roku w Bieszczadach. Pokochałem Bieszczady, za co komunie dziękuję. Mam gdzieś kombatanctwo, medale, ordery i zaszczyty. I dobrze mi z tym. Amen."
Słyszę w pamięci, jak Renia wciąż mówiła do niego z czułością: „Michał, przestań!”A on, mrugając okiem, odpowiadał: „Przestanę, gdy odpocznę błogo tam, gdzie na zawsze milutko”.
Spoczywa i z tego swojego błogiego odpoczynku wciąż do nas mówi.
Splot okoliczności sprawił, że tuż przed śmiercią Michał zaczął pisać kolejną książkę..
Widział we mnie pasjonacką naturę. Widział ją tak bardzo, że miała to być opowieść o pewnej pasjonatce życia, o Alicji. Śmierć przerwała to rzeźbienie w słowie, nie pozwalając mu dokończyć tego dzieła. Jednak ta historia nie zginie. Renia, jego wspaniała żonka, która tak dzielnie walczyła o życie swojego męża, obiecała przesłać mi ocalałe zapiski z tej pracy. Te niedokończone strony to prawdziwy, literacki Skarb, który kiedyś wspólnie ocalimy od zapomnienia.
Ten poranny wpis to mój cichy ukłon w stronę Michała. Choć jego ziemska wędrówka dobiegła końca, jego skrzydlata dusza wciąż jest obecna w moim Zakątku, zamknięta w dedykacjach i w miłości do życia, którą mnie zaraził. Prawdziwe przyjaźnie buduje się przecież każdym wypowiedzianym słowem, a te Michała zostaną ze mną na zawsze.
🪶✨🪶
"...Mam gdzieś kombatanctwo, medale, ordery i zaszczyty. I dobrze mi z tym. Amen."
Pod tą bezkompromisową skorupą „siłacza”, jakim wychował go ojciec, kryło się jednak serce o niezwykłej czułości. Michał był człowiekiem, który potrafił pochylić się nad każdym ludzkim losem – szczególnie nad tymi, o których sam mówił z czułością, że mają „porąbany pesel”. Nad zagubionymi, odrzuconymi i poturbowanymi przez życie. Sam przeszedł przez najciemniejsze doliny; przez wiele lat zmagał się z alkoholizmem, co opisał w przejmującej, wstrząsającej książce „Usłyszałem pukanie od spodu”. Renia przechodziła wtedy przez prawdziwe piekło, ale wytrwała na posterunku jako jego najwierniejsza latarnia morska. Michał odnalazł swoją drogę, podniósł się i przez kolejnych wiele lat, jako certyfikowany terapeuta, ratował innych przed utonięciem w uzależnieniu.
I właśnie dlatego na zakończenie tej bieszczadzko-gliwickiej opowieści kładę muzyczną wisienkę na torcie: utwór „Another Day in Paradise” w wykonaniu saksofonu Marco. Ta melodia to opowieść o miłości, która dostrzega drugiego człowieka w jego niedoli. Gdy słucham tych dźwięków, patrząc na czarno-białą, niewyreżyserowaną fotografię Michała z jego leciutko ironicznym, ale jakże serdecznym uśmiechem, wiem jedno: wraz z Marco i wiernym Przyjacielem Alem uratowaliśmy dziś kolejną piękną ludzką historię przed zapomnieniem...
✨🎷✨


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Witaj w naszym Bursztynowym Azylu. Zdejmij tu pośpiech, weź łyk bergamotki i jeśli chcesz, zostaw po sobie dobre, łagodne słowo. Dbamy o spokój tego miejsca, dlatego wszystkie myśli przyjmujemy z miłością. / Willkomme im Bernstein-Asyl. Chumm go d’Rueh gnieese und wänn Du möchtisch, lah eüs es warms Wort da.